Do Maroka długa droga
Sama nazwa „Marakesz” ma w sobie tak duży pocisk, nabój (czy jak to nazwać) orientu, że już kręci mi się w głowie.
Sama nazwa „Marakesz” ma w sobie tak duży pocisk, nabój (czy jak to nazwać) orientu, że już kręci mi się w głowie.
Lato się kończy, ale szczerze powiem, że nie będę po nim płakała. Było jakieś takie nijakie. Nie celebrowałam ani jednego z moich wakacyjnych rytuałów, specjalnie nie odpoczęłam, zmęczyłam zresztą też raczej nie. Humor poprawia mi tylko pomysł, na który wpadła Dagmarka – w przyszłym roku lecimy do Portugalii i będzie rejs na Pegazie…
Opowieść o przygodzie pod żaglami, która właśnie się dla mnie skończyła (przynajmniej na ten rok) mogłabym zacząć od słów starej turystycznej piosenki „Tak niedługo miało być przyjść, potem długo miało być...”. Czyli było długie planowanie, ustalanie trasy, wspomnienia zeszłorocznych żagli, a skończyło się na zdezelowanym jachcie, który na wodzie robił to co chciał i nadał się bardziej do stania przy pomoście niż pływania. Na szczęście to stanie było w miłym towarzystwie i pięknych okolicznościach przyrody, a ze starej Wenuski wycisnęliśmy wszystko co się dało. Przy okazji mamy nowe powiedzenie „Faceci są z Marca a idioci z Wenus”.
W Grecji trzęsienie ziemi, na rzymskich schodach nie można jeść kanapek, seria wybuchów na Jersey i planuj tu człowieku wakacje. Na szczęście wystarczają mi rodzime uroki, może trochę zaściankowe, czasami lekko zakurzone, ale mające klimat, że dech zapiera. Już czeka na mnie łódź na Jezioraku i chata w Kotlinie Kłodzkiej, stojąca na łące porośniętej trawą po pas.
Dzisiaj na dzieci dmucha się i chucha. Ośmiolatek nie zostanie sam w domu, bo strach (wiem, przecież mam własnego ośmiolatka), lepiej wysłać go na półkolonie, gdzie będzie pod stałą opieką. A przecież sama jako dziecko, wysyłana byłam do babci na wieś, a tam znikałam na całe dnie z pola widzenia, wracałam uwalona błotem z pęcherzami od pokrzyw, ale wracałam. Co się w ciągu tych dwudziestu lat zmieniło – dzieci czy ich rodzice.